05.02.2010

Nadciąga internetowa bańka reklamowa

Naszło mnie by napisać ten post - felieton o świcie, gdy codziennie tysiące e-redaktorów zabierają się do aktualizowania treści w serwisach. Na początek stawiam tezę: mamy teraz pewnie więcej witryn niż obywateli. Witryn, czyli serwisów, portali, wortali i wszelkich tworów HTML-owych z wykupionymi domenami jest hmm... powiedzmy… trzykrotnie więcej niż nas, Polaków. Czy potrzeba aż tyle, dlaczego się mnożą (witryny, nie Polacy) i czym może skutkować ten rozwój - spójrzcie na tytuł posta :)

Przesadzam? Jasne, że tych dywagacji nie można nazwać nawet luźnymi szacunkami, ale nie chce mi się sprawdzać ile witryn i domen w sumie jest. Strzelam na oślep, ale pewnie mam rację. A chcę przez te strzały udowodnić, iż nas, Internatów mówiących po polsku jest za mało abyśmy byli fizycznie i psychicznie w stanie odwiedzać te wszystkie powstające witryny. Bo, po co nam aż tyle serwisów informacyjnych, poradników, blogów, e-społeczności itd.? Zaraz przedstawię kilka studiów przypadku (case studies – dla ludzi światowych) i założę się z Tobą, Internauto, że większości przedstawionych witryn nie znasz i pewnie nigdy nie poznasz.

Znacie firmę Infor? To takie duże wydawnictwo, które słynęło z „Gazety Prawnej”, a dziś słynie z „Dziennika Gazety Prawnej” (o dziwacznej nazwie gazety nie wspomnę w tym poście). A czy znacie jego serwisy internetowe? Nie, to zajrzyjcie na Infor.pl Widać tu zbieraninę wszystkich serwisów tej spółki. Czyli widzimy np.: Księgowość, Kadry, Oferta 2010, Samorząd, Niezbędnik, Moja firma… Ech, za dużo by wszystkie wymieniać. Ale trzeba wspomnieć, że gazeta Inforu ma aż dwa osobne serwisy (Dziennik.pl i GazetaPrawna.pl) a do tego jest osobny (!) serwis finansowy Forsal(pl), i jest osobny serwis „e-Dziennik Gazeta Prawna” (!). I jest jeszcze wiele, wiele innych serwisów Inforu. Na dole strony głównej jest cała lista serwisów, chyba 69 czy 70. Sporo.

Reprodukcja i klonowanie
Przyjrzyjmy się innemu serwisowi z listy: Wieszjak.pl (każdy myli z wieszakiem). Po wejściu do środka widzimy możliwość wyboru szeregu podserwisów: o gotowaniu, o prezentach, o prawie, o podatkach itd. Nie umiem zliczyć, ale jest ich… w każdym razie kilkadziesiąt(?!) Wybrałem podserwis „Bezrobotny” a w nim pojawiła się masa zakładek o zasiłkach, ubezpieczeniach, ogłoszenia z pracą itd. I teraz pomyślcie… 70 serwisów, w wielu dodatkowo dziesiątki podserwisów… W sumie ogrom taki, że sami pracownicy spółek Inforu tego nie zliczą. Po co aż tyle? Czy nie lepiej zrobić kilka, maksimum kilkanaście rozbudowanych wortali (np. polityka, gospodarka, lifestyle itd.) integrujących wszystkie informacje od wszystkich e-redaktorów i stawiających na jakość a nie ilość?


To jasne, że byłoby lepiej. Dla Internatów lepiej, bo mieliby wszystko podane raz na tacy. Ale Infor ma inną politykę. On nie chce mieć lojalnych użytkowników kilku obszernych serwisów. Podserwisy o których wspomniałem są rzadko aktualizowane a treści w nich pokazane często się powtarzają. Często są to treści z gazety („Dziennik Gazeta Prawna), z wewnętrznych zasobów wydawnictwa. Pomyślcie - kto je tworzy. Jasne, że nie dziennikarze, specjaliści. Dziennikarzy zabrakłoby w Warszawie, gdyby wydawca postawił na jakość depesz i artykułów. Treści robią przeważnie wyrobnicy, stażyści. Oczywiście, że przez to teksty bywają często bezwartościowe, słabe. Ale – jak już pisałem - nie o jakość tu chodzi – o ilość.

Infor zatrudnia armię webmasterów i batalion ludzi od pozycjonowania stron (key words). Dbają o to byśmy z Google trafiali na tysiące podstron Inforu. Byśmy nabijali statystyki portali należących do spółek Inforu. A dzięki kliknięciom Infor ma wiele reklam. I duże przychody. Proste, choć skomplikowane i wymagające sporych nakładów pracy (sporych serwerów) wielu osób (twórcy WWW, e-redaktorzy, stażyści, kontrahenci, handlowcy).

Czas na drugi case – Interia należąca do koncernu Bauer. Właśnie zliczyłem jej wszystkie serwisy – 140! Wiedzieliście, że jest aż tyle? Są tu zupełnie samodzielne serwisy jak i mocno zintegrowane z wortalem Interia.pl Cała masa przeróżnych, od głupot jak Pomponik, przez wyszukiwarkę Google z logo Interii, po poważne jak serwis biznesowy. Na co tyle komuś? Przecież większość z nas przez całe życie nigdy nie wejdzie nawet do połowy z tych serwisów. Odpowiedź jest oczywista – dla kasy. Mają – podobnie jak Infor - więcej stron do zarzucenia reklamami. Mają tysiące podstron, które puchną w zawrotnym tempie. Mają dobre statystyki (sam czasami przez Google trafiam do treści w Interii i linkuję je na blogu), mają… świetne wyniki finansowe. Czyli podobnie jak Infor grupa Interia stawia na ilość, zamiast stworzyć kilka obszernych wortali tematycznych – liderów w swoich dziedzinach. Zagarnięcie rynku przez rozdrobnienie, dekonsolidację.

Nisza – branża IT
A teraz przykład małej firmy, ale interesującej i realizującej podobną strategię jak Infor czy Interia (oczywiście możecie sobie dopowiedzieć, że podobnie działają molochy jak Agora, Presspublika, czy O2.pl). Będzie to firma - grupa w skład której wchodzą: OpenMedia Group – zajmująca się sprzedażą telekonferencji on-line, ERP-view.pl – serwis o systemach ERP, ERP24.pl – podobny serwis do poprzedniego, ale traktujący nie tylko o ERP; i MagazynIT.pl informujący o tym samym co poprzednie serwisy (ERP, systemy IT dla biznesu). Do tego w każdym serwisie zachęcają by założyć konto w mini podserwisie społecznościowym dla ludzi z branży IT pt. BeConnected. Jako ciekawostkę dodam, że w serwisach ciężko się doszukać oryginalnych treści, większość pochodzi od „partnerów” lub z informacji prasowych. Jak widać właściciel witryn nie tworzy własnej redakcji, ale stawia na ilość.

Pokazałem trzy przykłady. Ale takich podobnych do Inforu, Interii i ERP-view podmiotów są dziesiątki tysięcy nad Wisłą. To są często firmy jednoosobowe – zdolny webmaster, grafik potrafi codziennie uruchamiać nowy serwis. Internetowe spółki znają się na swojej robocie, wiedzą na podstawie pierwszego, uruchomionego serwisu, czego ludzie szukają w sieci i tworzą kolejny, dedykowany portal. Dzięki temu firmy osiągają dwa cele: 1.) zyski z reklam i 2.) „monetyzację”, czyli spieniężenie portalu jeśli odniesie on sukces. Bo kiedyś można będzie serwis sprzedać z duuużym zyskiem.

Nie chcę, ale mógłbym podać również przykłady wydawców internetowych z którymi współpracowałem. Mają identyczną politykę mnożenia serwisów. Dziś jest boom na nieruchomości, robią portal mieszkaniowy. Ludzie chcą hazardu on-line – powstają serwisy o hazardzie. Sprzedał się Pudelek.pl – powstają Plotek, Głupotek, Różowy Kopciuszek itd. Koszt uruchomienia serwisu – kilkaset złotych, wpływy z reklam – liczone w tysiącach. Koszt prowadzenia serwisu – minimalny (zaangażuje się studenciaków by wrzucali kradzione treści). Co da gąszcz witryn Internautom? Nic, ale to nieistotne, grunt by kliknęli w banner i zaliczyli odsłonę.

Te wszystkie mnożące się witryny łączy jeden nieciekawy mianownik – nie mają porządnych treści. Ich treści wszędzie się powtarzają. Wejdę na strony Inforu i znajdę to samo, co jest w Interii. Wejdę do Interii i znajdę to samo, co w Onecie…. Wejdę na ERP-view i znajdę to samo co np. w IDG.pl Gdyby niektóre, co ciekawsze serwisy wyposażyć w redakcje, zapełnić interesującymi, autorskimi newsami… Ach, rozmarzyłem się. To byłby potencjalnie świetny biznes. Ale zauważcie, że w treści nikt na poważnie nie inwestuje. Tzn. niezwykle rzadko ktoś inwestuje i tworzy politykę rozwoju „intelektualnego” biznesu. Z założenia serwisy WWW mają się zapełniać same. Przeciętny Internauta i tak nie będzie sprawdzał czy depesza, którą czyta notorycznie powtarza się w sieci. Reklamodawcę też to mało obchodzi. Teoretycznie nie obchodzi…

Big Bang czy kapiszon?
Reasumując, polski Internet rozwija się świetnie, rośnie jak na HTML-owych drożdżach, lecz poza przychodami z reklam nie ma z tych inWWWestycji wartości dodanej. Czytelnik nie dostaje wartościowych informacji, dziennikarze nie dostają pracy (treści z netu wklejają właściciele serwisów albo darmowi stażyści), Internet staje się dżunglą witryn. A po dżungli chodzi się trudno i trzeba mieć maczetę. Czym to może skutkować?

Obawiam się, iż rośnie internetowa bańka reklamowa. Firmy wydają coraz większe pieniądze na reklamy w sieci. W trzecim kwartale 2009 r. wydatki na e-reklamę wyniosły ponad 317 mln zł, czyli wzrosły o 15 proc. Szczegóły znajdziecie tutaj. A skoro jest więcej reklam to mnożą się serwisy. A co będzie, gdy reklamodawcy kiedyś zbiednieją (przyjdzie większy kryzys) albo, gdy zrozumieją, że reklama w quasi serwisach jest mało efektywna (bo jest, wchodzisz na stronę główną Interii a nie surfujesz po 140 podserwisach)? Wówczas nastąpi erupcja. Podobna do wybuchu bańki internetowej z początków XXI wieku. Właścicieli wielu serwisów trafi szlag. Strony będą zamykane a domeny sprzedawane na Allegro za grosze. Do wielu firm wkroczy syndyk.

Sądzę, że wybuch bańki reklamowej przetrwają tylko najsilniejsi (niekoniecznie najwięksi) – mocni pod względem treści. Przetrwają ci, którzy zainwestowali we własne, autorskie teksty (i inne treści np. zdjęcia i multimedia). Ci, którzy skupili się na utrzymaniu lojalnych użytkowników a nie na zyskach z pomnażania witryn. To chyba będzie naturalne, selekcja naturalna znana dobrze w ekonomii. Kto to będzie? Ciężko teraz powiedzieć. Ale za kilka lat dzisiejsi liderzy Megapanelu mogą zniknąć z rynku a na ich miejsce wkroczą nowi gracze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz